Tak się złożyło, że przyszło nam mieszkać w Warszawie. Nad zaletami i wadami takiego rozwiązania można się rozwodzić długo, ale rzadko prowadzi to do jakichkolwiek konstruktywnych wniosków. Nie będę na razie tego robić, chyba, że się kiedyś ostatecznie wścieknę. Niezależnie jednak od naszego stosunku do samego miasta, nie mogliśmy nie skorzystać z okazji, jaką jest możliwość darmowego zwiedzenia rezydencji królewskich. Zaczęliśmy od Zamku Królewskiego- to był w końcu najbardziej oczywisty wybór.
Zanim opowiem o samych ekspozycjach, warto wspomnieć o moim szczególnym stosunku do samego Zamku Królewskiego. Szczególnie tego warszawskiego, bo chociaż Wawel ma swoją niepowtarzalną atmosferę i jest niezaprzeczalnie piękny, to właśnie Zamek Królewski w Warszawie przez lata był siedzibą jednej z moich ukochanych postaci historycznych- króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zamkowe wnętrza, które możemy dziś oglądać zostały w większości odrestaurowane do stanu z okresu jego panowania. Dzięki temu mają specyficzny charakter, oddający nie tylko realia epoki, ale także wiele mówiący o człowieku, który w nich mieszkał i decydował o ich wystroju, Ale po kolei, zacznijmy tę wycieczkę, jak bozia przykazała, od parteru.
Na niższej kondygnacji Zamku nie ma w zasadzie śladu po pierwotnym przeznaczeniu budynku- cała przestrzeń, niestety łącznie z biblioteką królewską, została zaadaptowana na galerię sztuki. Wystawiane dzieła pochodzą ze zbiorów Muzeum Narodowego. Przyznać trzeba, że jest to zestaw imponujący - wielkie dzieła, równie wielkie nazwiska. Ale niestety ekspozycja po prostu fatalna. Pomieszczenia są zaciemnione, wszystkie okna skutecznie zasłonięto. To niezły pomysł, bo dzięki temu światło słoneczne nie przeszkadza w oglądaniu przedstawionych obrazów, nie odbija się od gablot. Zapomniano jednak, że trudno zachwycać się sztuką i kunsztem malarzy i rzeźbiarzy po ciemku. Nie można przyjrzeć się kolorom, trudno wyśledzić szczegóły, bo pojedyncze reflektory zawieszone pod sufitem dają bardzo mało światła.
To niestety nie jedyny zarzut, jaki stawiam ekspozycji na parterze. Problem jest także z tabliczkami opisującymi dzieła. Gdzieniegdzie wiszą tak, że trudno się domyślić, którego eksponatu dotyczą (szczególnie źle opisane są gabloty), albo wręcz wiszą opisy do dzieł, których... tam po prostu nie ma, puste miejsce na ścianie. Zdarzają się także błędy literowe w nazwiskach twórców. To niby drobiazg, ale mający duże znaczenie dla całościowego odbioru wystawy.
Sytuacja zmienia się zasadniczo, gdy wejdziemy na górę, do apartamentów królewskich. Pięknie oświetlone, starannie odrestaurowane pomieszczenia robią wielkie wrażenie. Skrzypiące drewniane posadzki nadają zwiedzaniu odpowiedni klimat, a czytelne tablice dostarczają wszelkich niezbędnych informacji zarówno o autorach dzieł znajdujących się w komnatach, przeznaczeniu samych pomieszczeń, jak i procesie ich odtwarzania po wojnie. Wspaniale! Jakby tego było mało, niewiele jest płotków odgradzających zwiedzających od eksponatów i zaburzających wygląd pomieszczeń. Poza tym, w każdym pokoju spotkamy pracownika muzeum, który w razie potrzeby odpowie na nasze pytania. Jeszcze piękniej byłoby, gdyby wszyscy zwiedzający umieli się stosownie w muzeum zachować. Rozkrzyczana, rozpychająca się rosyjska wycieczka zrobiła na mnie jak najgorsze wrażenie. Niestety nie sposób uniknąć takiego towarzystwa, więc pozostało udawać, że w ogóle ich nie widzimy i nie słyszymy.
W sumie Zamek Królewski podzielono na dwie, bardzo odstające od siebie poziomem ekspozycje- marny parter i góra godna królewskiej herbatki. Albo nawet czwartkowego obiadu :)
Byliście już w Zamku Królewskim? Podobało się? Warto skorzystać z darmowego wstępu do rezydencji w listopadzie. A przy okazji- co myślicie o rozkrzyczanych wycieczkach w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku (albo gdziekolwiek indziej)? Można sobie jakoś poradzić z tym, że nie potrafią się zachować i przeszkadzają innym? Czy znów wymyśliłam problem, który nie istnieje?
Na zły humor, na niepogodę, na wieczór i słoneczny poranek.
O filmie, książce i innych, czasem mało wyszukanych, rozrywkach.
2013/11/14
2013/11/05
Imbryk z mieszanką herbat - "Sezon Burz"
Zanim Wiedźmin trafi do księgarń (chyba jutro), parę zdań o książce, z której cieszyłam się niesamowicie.
O okładce i pierwszym wrażeniu już pisałam, teraz zajmę się treścią (ale nie musicie bać się spoilerów, nie jestem zabawopsujem :))
Opasłe, ponad 400 stronicowe tomiszcze zaczyna się... no cóż, strasznie. Pierwszy rozdział w ogóle nie sprawia wrażenia, jakby napisał go ten Sapkowski, którego kochamy i w którego książkach zaczytywaliśmy się wielokrotnie. Niby wszystko w porządku, ale dowcip jakiś ciężki, w stylu rubasznego wuja na weselu długo po północy. Wiedźmin jakiś niewyraźny, nawet opis pojedynku wygląda tak, jakby pisał go marny naśladowca zafascynowany sagą o Białym Wilku. I tak przez pierwsze mniej więcej 100 stron. Byłam zawiedziona i rozczarowana, ale postanowiłam wypić ten napar do końca. I dobrze.
W pewnym momencie powieść całkiem zgrabnie się rozkręca i powraca nasz ukochany Sapkowski, zręcznie prowadząc Białowłosego przez szereg przygód. Wszystko jest w normie- Wiedźmin jest morderczy i pełen sprzeczności i chędoży wszystko, co biega w spódnicy, politycy knują, a czarodzieje snują nieczyste intrygi. Wspaniale. Opisy pojedynków wróciły do normy, choć na opowieść o Wiedźminie jest ich w całej powieści naprawdę niewiele (być może z powodu braku wiedźmińskich mieczy?). Wątek romansowy toczy się, jak zostaliśmy do tego przyzwyczajeni- jest mało schematyczny, chwilami zaskakujący i przez cały czas swojego trwania, aż do jego definitywnego zamknięcia, niejednoznaczny. Sytuacja zmienia się szybko, obejmując różne kobiety.
Nie jest niestety tak, że wszystko poza pierwszą częścią mi się podoba. Warto zwrócić uwagę na liczne niespójności w strukturze powieści- chwilami wygląda jak zbiór szczątkowo tylko powiązanych ze sobą opowiadań. Jak opowieść o aguarze jest faktycznie świetnie skonstruowana i przykuwa do kartek aż do ostatniej kropki, tak niektóre partie wydają mi się mocno naciągane.
Zupełnie nie rozumiem na przykład, jaką rolę ma pełnić opowiadanie o Nimue, którego akcja dzieje się sto dwadzieścia siedem lat po właściwych wydarzeniach. Z całością nie ma szczególnego związku, niczego nowego też, moim zdaniem, nie wnosi. I jest bardzo, ale to bardzo rozczarowującym zakończeniem. I nie chodzi o to, że oczekiwałam definitywnego zamknięcia wszelkich wątków i wyjaśnienia wszystkich spraw- to nie w stylu Sapkowskiego. Po prostu moim zdaniem zakończenie jest zwyczajnie przefilozofowane i... miałkie, pozbawione charakteru i szorstkości Geralta.
Postacie u Sapkowskiego jak zwykle są wyraziste i czytelnik raczej nie miewa wątpliwości co do tego, kogo warto darzyć sympatią. Lekko niedopracowana jest chyba sylwetka czarownika Pinety'ego, ale to osobnik na tyle mało istotny, że można o niedociągnięcie wybaczyć. Trzecioplanowy Pyrel Pratt natomiast, moim zdaniem, jest dowodem na to, że w kilku zaledwie zdaniach można skutecznie przedstawić pełnowymiarowego sukinsyna. Postacie ważne dla fabuły są złożone, z własnymi celami i intrygami, każda żyjąca własnym, niezależnym życiem.
Podsumowując, to nie jest najlepsze z dzieł Sapkowskiego, co nie oznacza, że nie warto go przeczytać. Opowieść jak najbardziej wciąga i po przebrnięciu wyjątkowo długiej i nieudanej rozbiegówki czyta się ją z dużą przyjemnością. Szkoda tylko, że fragmenty nieudane zajmują koło jednej trzeciej całości. Odniosłam wrażenie, jakby autor siadł i napisał najpierw początek i koniec powieści, a potem, gdy już złapał właściwy rytm i odnalazł właściwy sobie styl, zajął się resztą.
Warto wypić tę herbatę, póki gorąca- na zimno z pewnością straci wiele smaku. Raczej nie będzie moją ulubioną, wolę wrócić do starej, dobrej sagi.
Co myślicie o nowym Wiedźminie? Może to ja się nie znam, a książka jest świetna? Albo wręcz przeciwnie, nie sprawia żadnej frajdy, a ja nie znam się i tak? :)
O okładce i pierwszym wrażeniu już pisałam, teraz zajmę się treścią (ale nie musicie bać się spoilerów, nie jestem zabawopsujem :))
Opasłe, ponad 400 stronicowe tomiszcze zaczyna się... no cóż, strasznie. Pierwszy rozdział w ogóle nie sprawia wrażenia, jakby napisał go ten Sapkowski, którego kochamy i w którego książkach zaczytywaliśmy się wielokrotnie. Niby wszystko w porządku, ale dowcip jakiś ciężki, w stylu rubasznego wuja na weselu długo po północy. Wiedźmin jakiś niewyraźny, nawet opis pojedynku wygląda tak, jakby pisał go marny naśladowca zafascynowany sagą o Białym Wilku. I tak przez pierwsze mniej więcej 100 stron. Byłam zawiedziona i rozczarowana, ale postanowiłam wypić ten napar do końca. I dobrze.
W pewnym momencie powieść całkiem zgrabnie się rozkręca i powraca nasz ukochany Sapkowski, zręcznie prowadząc Białowłosego przez szereg przygód. Wszystko jest w normie- Wiedźmin jest morderczy i pełen sprzeczności i chędoży wszystko, co biega w spódnicy, politycy knują, a czarodzieje snują nieczyste intrygi. Wspaniale. Opisy pojedynków wróciły do normy, choć na opowieść o Wiedźminie jest ich w całej powieści naprawdę niewiele (być może z powodu braku wiedźmińskich mieczy?). Wątek romansowy toczy się, jak zostaliśmy do tego przyzwyczajeni- jest mało schematyczny, chwilami zaskakujący i przez cały czas swojego trwania, aż do jego definitywnego zamknięcia, niejednoznaczny. Sytuacja zmienia się szybko, obejmując różne kobiety.
Nie jest niestety tak, że wszystko poza pierwszą częścią mi się podoba. Warto zwrócić uwagę na liczne niespójności w strukturze powieści- chwilami wygląda jak zbiór szczątkowo tylko powiązanych ze sobą opowiadań. Jak opowieść o aguarze jest faktycznie świetnie skonstruowana i przykuwa do kartek aż do ostatniej kropki, tak niektóre partie wydają mi się mocno naciągane.
Zupełnie nie rozumiem na przykład, jaką rolę ma pełnić opowiadanie o Nimue, którego akcja dzieje się sto dwadzieścia siedem lat po właściwych wydarzeniach. Z całością nie ma szczególnego związku, niczego nowego też, moim zdaniem, nie wnosi. I jest bardzo, ale to bardzo rozczarowującym zakończeniem. I nie chodzi o to, że oczekiwałam definitywnego zamknięcia wszelkich wątków i wyjaśnienia wszystkich spraw- to nie w stylu Sapkowskiego. Po prostu moim zdaniem zakończenie jest zwyczajnie przefilozofowane i... miałkie, pozbawione charakteru i szorstkości Geralta.
Postacie u Sapkowskiego jak zwykle są wyraziste i czytelnik raczej nie miewa wątpliwości co do tego, kogo warto darzyć sympatią. Lekko niedopracowana jest chyba sylwetka czarownika Pinety'ego, ale to osobnik na tyle mało istotny, że można o niedociągnięcie wybaczyć. Trzecioplanowy Pyrel Pratt natomiast, moim zdaniem, jest dowodem na to, że w kilku zaledwie zdaniach można skutecznie przedstawić pełnowymiarowego sukinsyna. Postacie ważne dla fabuły są złożone, z własnymi celami i intrygami, każda żyjąca własnym, niezależnym życiem.
Podsumowując, to nie jest najlepsze z dzieł Sapkowskiego, co nie oznacza, że nie warto go przeczytać. Opowieść jak najbardziej wciąga i po przebrnięciu wyjątkowo długiej i nieudanej rozbiegówki czyta się ją z dużą przyjemnością. Szkoda tylko, że fragmenty nieudane zajmują koło jednej trzeciej całości. Odniosłam wrażenie, jakby autor siadł i napisał najpierw początek i koniec powieści, a potem, gdy już złapał właściwy rytm i odnalazł właściwy sobie styl, zajął się resztą.
Warto wypić tę herbatę, póki gorąca- na zimno z pewnością straci wiele smaku. Raczej nie będzie moją ulubioną, wolę wrócić do starej, dobrej sagi.
Co myślicie o nowym Wiedźminie? Może to ja się nie znam, a książka jest świetna? Albo wręcz przeciwnie, nie sprawia żadnej frajdy, a ja nie znam się i tak? :)
2013/10/31
Pełny imbryk z gorącą herbatą. Co w środku? To się okaże - nowy Wiedźmin "Sezon Burz"
Mam nowego Wiedźmina wydartego z powodzeniem z żółtej paszczy paczkomatu. Cieszę się z niego jak dziecko, jak przeczytam, na pewno napisze parę słów o tym, co na jego temat myślę.
Wydawcą jest, jak zwykle w zasadzie wydawnictwo SuperNowa, główny w Polsce propagator literatury fantasy.
Książka jest pokaźnym tomem z brzydką okładką. Moim zdaniem naprawdę brzydką i odległą od tego, do czego wydawnictwo przyzwyczaiło nas przy poprzednich wydaniach dzieł związanych z Wiedźminem. No i ten papier- całość wydrukowana jest na naprawdę marnej jakości, cienkim szarym papierze. Nie upieram się, że trzeba wszystko drukować na papierze kredowym pierwszej jakości, absolutnie nie. Ale z doświadczenia wiem, że ten papier za kilka- kilkanaście lat pożółknie niemiłosiernie i zacznie się po prostu rozłazić. Obcowanie z tak wydanymi książkami ma swój urok, ale dla mnie każde dzieło sprowadza w pewien sposób do rangi czytadła- ot, takiej niewiele wnoszącej rozrywki jak szereg powieści MacLeana (które darzę podobną sympatią, jak złe filmy).
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz- ani na tylnej okładce, ani nigdzie wewnątrz książki nie ma nawet strzępka recenzji. Wydaje mi się niemożliwie, żeby przynajmniej część krytyków nie otrzymała książki przed premierą i nie mieła okazji wypowiedzieć swojego zdania. Czyżby więc recenzje były nieprzychylne?
Zobaczymy, co kryje w sobie ten imbryk :) tymczasem, zatroszczę się o kubek pełny pachnącego naparu, kudłate i ciepłe towarzystwo psa i siadam do czytania.
Wydawcą jest, jak zwykle w zasadzie wydawnictwo SuperNowa, główny w Polsce propagator literatury fantasy.
Książka jest pokaźnym tomem z brzydką okładką. Moim zdaniem naprawdę brzydką i odległą od tego, do czego wydawnictwo przyzwyczaiło nas przy poprzednich wydaniach dzieł związanych z Wiedźminem. No i ten papier- całość wydrukowana jest na naprawdę marnej jakości, cienkim szarym papierze. Nie upieram się, że trzeba wszystko drukować na papierze kredowym pierwszej jakości, absolutnie nie. Ale z doświadczenia wiem, że ten papier za kilka- kilkanaście lat pożółknie niemiłosiernie i zacznie się po prostu rozłazić. Obcowanie z tak wydanymi książkami ma swój urok, ale dla mnie każde dzieło sprowadza w pewien sposób do rangi czytadła- ot, takiej niewiele wnoszącej rozrywki jak szereg powieści MacLeana (które darzę podobną sympatią, jak złe filmy).
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz- ani na tylnej okładce, ani nigdzie wewnątrz książki nie ma nawet strzępka recenzji. Wydaje mi się niemożliwie, żeby przynajmniej część krytyków nie otrzymała książki przed premierą i nie mieła okazji wypowiedzieć swojego zdania. Czyżby więc recenzje były nieprzychylne?
Zobaczymy, co kryje w sobie ten imbryk :) tymczasem, zatroszczę się o kubek pełny pachnącego naparu, kudłate i ciepłe towarzystwo psa i siadam do czytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)